"Zahipnotyzował mnie". Jekyll&Hyde recenzja

"Słowa wyśpiewane przez Lucy Harris i Emmę Carew na scenie Teatr Muzycznego w Poznaniu dokładnie oddają uczucia jakie towarzyszyły mi w trakcie spektaklu. Poznańska scena pożegnała się z musicalem.

"Jekyll i Hyde" poznałem podczas jednego z ostatnich pokazów. Wypełniona po brzegi sala, dostawione krzesła to tylko symboliczne potwierdzenie popularności musicalu. Zgromadził on grono wiernych fanów, którzy nie tylko uczestniczyli w spotkaniach organizowanych przez teatr, ale i pomogli w nagraniu płyty ze spektaklem, dzięki wsparciu na portalu Polakpotrafi.pl. Najbardziej zagorzali pasjonaci oglądali musical po kilka razy, z pewnością nie tylko by zobaczyć różne obsady.

Nowela Roberta Louisa Stevensona niczym po wypiciu "dziesięciu centylitrów preparatu HJ7" zamieniła się w zachwycający broadwayowski musical z muzyką Franka Wildhorna. Partytura w rękach muzyków orkiestry Teatru Muzycznego w Poznaniu spowodowała niczym u Jekylla "poczucie euforii, lotność myślenia". Dźwięki jak ciepło "rozpłynęły się po moich żyłach". Od pierwszej chwili musical "zahipnotyzował mnie". Myślę, że każdy widz tego doświadczył. Świadczyła o tym niesamowita cisza, jak zapadła w teatrze po ostatniej scenie, gdy zgasły wszystkie reflektory... Chwilę później owacja na stojąco dała wyraz zachwytowi.

Doktora Henrego Jekylla (w roli tej Janusz Kruciński) polubiłem. Skromny, introwertyczny, niepewnie stawiający krok, lekko zgarbiony. W rzeczywistości niezwykła osobowość z dylematami egzystencjalnymi: " gdyby usunąć z każdego z nas całe zło, jakiż byłby wtedy świat". Obserwuję jego przemianę w złego człowieka, choć ma to być tylko eksperyment, dokonanie odkrycia jego naukowego życia - "teraz lub nigdy, wkroczę na parnas na zawsze już".

I wtedy pojawia się on. Wyprostowany, dumnie krączący przez tłum. Brutalny, zły. Edward Hyde, którego nazwisko brzmi jak angielskie słowo, oznaczające ukrywanie się. Hyde "znalazł sobie idealną kryjówkę" w duszy Jekylla. "Znika we mnie jak ślad oddechu na lustrze".

Ta dwoistość osobowości jednego człowieka zahipnotyzowała dwie kobiety Lucy (rewelacyjna Monika Bestecka) i Emmę (z siłą w głosie Ewa Łobaczewska). Dwie wspaniałe wokalistki wykreowały postaci kobiet silnych, a zarazem delikatnych, potrafiących walczyć o swoją przyszłości, o miejsce u boku ukochanego, a jednocześnie domagających się prawdziwej miłości i tego "co na dnie oczu jest".

"Jekyll&Hyde" to nie tylko opowieść o walce dobra ze złem, o niezwykłym eksperymencie, to głębsze spojrzenie w każdego człowieka. "Skąd biorą się demony na dusz ludzkich dnie?". I może nie chodzi tu o jakieś magiczne przemiany za pomocą HJ7, ale raczej o bardzo złożoną naturę ludzką, która kryje się za zewnętrzną fasadą. "Ludzie lubią kłaść na twarz nowe warstwy pudru, by móc kim innym być". Eksperyment doktora Jekylla dzieje się każdego dnia, bo "człowiek składa się dwóch, jest w nim dobro i zło". Każdy ma jakiegoś Hyde, który "czyha w głębi".

Musical zachwycił mnie bogactwem treści, dopieścił muzycznie, zachwycił grą aktorską. Cudowne tempo spektaklu. Od pierwszego do ostatniego taktu równomierne, bez sztucznego przedłużania, wspomagane dynamicznie zmieniającą się scenografią.