"Weź pod rękę Frankensteina". Monstrum wróciło do domu! Recenzja

Mroczna scenografia dopełniona mroczną muzyką i dla smaku okraszona dawką mrocznego humoru. Jakby tego było mało, zaglądamy w mroczne wnętrza bohaterów. Mimo tego mroku, musical “Frankenstein” w reżyserii Wojciecha Kościelniak. błyszczy i zachwyca, nawet gdy widzowie słyszą: “Lepiej pożyjemy, gdy was wymordujemy”.

Swoją premierę musical miał w 2011 roku. Nie było to jednak na scenie Teatru Muzycznego Capitol, która wtedy była w remoncie. Gościnę “Frankensteinowi” na dwa sezony zapewniło Centrum Kongresowe przy Hali Stulecia we Wrocławiu, gdzie spektakl wystawiono ponad 30 razy. „Musical cieszy się wciąż dużym zainteresowaniem publiczności, to przedstawienie jest warte ponownego zagrania, dlatego postanowiliśmy wznowić je na Dużej Scenie”- powiedział podczas próby prasowej dyrektor Teatru Muzycznego Capitol Konrad Imiela.

Różnica w odbiorze musicalu od początku jest zauważalna. To przede wszystkim grana na żywo w orkiestronie muzyka. Jej autor Piotr Dziubek osobiście kieruje zespołem muzyków. Na scenie - jakże odmiennej od tej w Centrum Kongresowym - malują się zupełnie inne obrazy. Dynamikę scenom nadają poruszające się zapadnie i rampy. Całość ubrana w scenografię Damiana Styrny, którą stanowią gigantyczne parawany rodem ze starego, mrocznego szpitala, ubarwione niesamowitymi animacjami. Niesamowite, że tak wiele elementów scenografii to osadzone na "podwoziu" wózka dziecięcego miejsca i przedmioty - kuchnia, laboratorium, radiowóz, czołg…. ależ to symboliczne. Nie można nie zauważyć kostiumów stworzonych przez Katarzynę Paciorek. Wspaniale kontrastują z trupio bladymi twarzami aktorów.

Choreografia stworzona przez Beatę Owczarek i Janusza Skubaczkowskiego błyszczała często w tle, odciągając jednak uwagę od śpiewających na pierwszym planie artystów. Tak było przy utworze o kwasie solnym (“wbrew zasadom, promować kwas”), gdzie zespół tancerzy wydawał się wibrować w tańcu. To jedna z najlepszych choreografii tego spektaklu. Podobnie, niesamowitych wrażeń dostarcza scena podczas songu kobiety ze szkła (w tej roli wspaniała Magdalena Wojnarowska), gdzie tancerki poruszają się jakby we własnych objęciach, przy tym czynią to z niezwykłą lekkością i zmysłowością. Wiele wiadomości dla widza autorzy zapisali w ruchu i zachowaniach postaci. Mój ulubiony moment to wejście policjantów, niesamowita postawa ciała, mocno odchylonego do tyłu ze zdecydowanym krokiem, ale jednocześnie bardzo “miękkim”. Również sposób poruszania się matki Wiktora (Justyna Szafran), choć może wydawać się przerysowany i komiczny, tak naprawdę nadaje jej postaci niepowtarzalnego charakteru. Zachwyca również pieśń o Martwych Żołnierzach i sposób w jaki “grają” na instrumentach. Również kelnerzy i kelnerki w rewelacyjnej scenie wesela, czynią ze swojego ruchu prawdziwą magię.

Nie ulega wątpliwości, że najmocniejszym atutem spektaklu jest rewelacyjna gra aktorska. Mariusz Kiljan w roli Wiktora Frankensteina i Cezary Studniak jako Monstrum, to duet sprzed 7 lat, który również w tym sezonie pojawia się na scenie. Jest również druga obsada dla najważniejszych postaci spektaklu - Maciej Maciejewski i Tomasz Wysocki.

“Frankenstein” nie jest oczywistą, jednoznaczną i kolejną wizualizacją postaci wymyślonej przez Mary Shelley 200 lat temu. Oczywiście musical można odebrać wprost i obejrzeć jak czarno-biały horror. Niesamowicie wiele przyjemności daje odkrywanie, ukrytych w poszczególnych scenach, skojarzeń dotyczących ludzkiej natury. Bo Monstrum, które bez skrupułów może wyrwać komuś język, serce z piersi czy wyłupać oko, stać również na prawdziwe uczucia. Dzieło Wiktora Frankensteina przekonuje: “Ja brzydki, swoją brzydką pragnę mieć”, a posiadane przez niego “blizny i szramy, są dla przyszłej damy”.

Skrywane w sercu obawy i tęsknoty okazuje postać matki Wiktora, której niekoniecznie zależy na usamodzielnieniu się syna (“To zwyczajna rzecz, że dziecko idzie precz”). Nie rozumie jego pasji (“Dziwaczne są te twoje szkła” - mówi. “To jest nauka mamo” - odpowiada Wiktor) i mimo, że może nie obdarza go szczerym uczuciem, to pragnie mieć go tylko dla siebie. Czuje się opuszczona - “świat go zabrał”.

Jest jeszcze postać Henryka Clervala (świetnie zagranego przez Mikołaja Woubisheta). Czyż nie zdarzyło nam się usłyszeć w życiu: “Nie nadajesz się!”. Henryk słyszy to za każdym razem, gdy chce coś zmienić; gdy chce zostać księdzem, lekarzem, wojskowym. Oczywiście dopina swego i w życiu próbuje wielu zajęć.

Swój cel osiąga również Wiktor Frankenstein i ożywia najpierw muchę, a potem człowieka. To jedna z najlepszych scen, gdy Wiktor już wie, że eksperyment się powiódł, a w jego laboratorium krąży zmartwychwstałe Monstrum. Właśnie wtedy do drzwi dobija się matka, przyjaciółka Elżbieta i kumpel Henryk. Nie chce im pokazać swego dzieła, a z drugiej strony przeraża go efekt jego własnej pracy… w którym - jak się później okaże - może przeglądać się niczym w lustrze…. Bo musical “Frankenstein” - choć bawiący się konwencjami, mieszający grozę i czarny humor - tak naprawdę opowieść o… każdym. O mroku naszej duszy. O pragnieniach. O potrzebach. O poszukiwaniu swojego miejsca w świecie. Tego własnego, tego wymarzonego. O byciu sobą, niezależnie od tego, czego od nas inni oczekują.

Zdjęcie: Ł. Giza © TEATR MUZYCZNY CAPITOL we Wrocławiu