Uczucia potrzebują wojny? "Doktor Żywago" nie wyleczy z miłości... do musicalu

Do "Doktora Żywago" nie przygotowałem się. Nie przeczytałem książki, nie obejrzałem ekranizacji, ani kilkuodcinkowego serialu. Nie czytałem streszczeń, nie rozmawiałem ze znajomymi o wrażeniach z powieści Borisa Pasternaka. Nie przygotowałem się, bo chciałem by tę historię opowiedzieli mi artyści Opery i Filharmonii Podlaskiej w Białymstoku. Reżyser Jakub Szydłowski słowa powieści ubogacił obrazami i dźwiękami, i poprowadził swoich widzów przez burzliwe, mroczne dzieje Rosji: wojny, rewolucje, ludzkie cierpienia i tragedie.

Po "Korczaku" i "Upiorze w operze" białostocka scena muzyczna staje się świadkiem niezwykłego wydarzenia. Musical "Doktor Żywago" z muzyką Lucy Simon i librettem przetłumaczonym przez Daniela Wyszogrodzkiego na długo pozostaje w pamięci. Niesamowite tempo, które przenosi nas w czasie od przedrewolucyjnej Rosji aż do okresu Związku Radzieckiego, pozwala poczuć łączność z bohaterami utworu, wokół których zmieniają się portrety przywódców, a pozostają te same potrzeby: bycia wolnym, szczęśliwym, spełnionym. Na drodze do ich realizacji często jest ból, cierpienie i śmierć. Wychodząc ze spektaklu wiele o nim myślałem, o tym jak dziwne jest życie człowieka, który ciągle rzuca się w wir konfliktów, knowania, który poświęca to co najważniejsze w imię narzuconych odgórnie wartości. Musical o rosyjskim lekarzu nie jest banalną rozrywką w świetle kolorowych świateł Broadway'u, ale przypomnieniem czy raczej ostrzeżeniem, że historia lubi się powtarzać... każdego dnia gdzieś na Ziemi.

Na tle przepełnionego śmiercią świata - z bardzo sugestywnymi scenami rozstrzelania antykomunistów czy powieszenia odzianych w szpitalne kaftany pacjentów - są też proste i namiętne uczucia.

Jakby na ironię, to co złe w życiu doktora Jurija Żywago, jego żony Tonii oraz kochanki Lary, wydaje się być spoiwem uczuć. - "Cała Rosja oszalała, ale to jej szaleństwo połączyło nas ze sobą - mówi Lara do Jurija, by za chwilę dodać - wszystko to by się nie stało, gdyby było normalnie".

Białostocki "Doktor Żywago" to muzyczna i aktorska uczta. Jurij Łukasza Zagrobelnego ubrany w lekarski kitel to po prostu dobry człowiek, szargany emocjami i bezsensem życia, z którym musi się zmierzyć. Wokalnie Zagrobelny wykorzystuje w stu procentach swoje możliwości, kolejny raz potwierdzając słuszny wybór producentów do tak ważnej roli. Postaci, której nie da się opowiedzieć tylko słowami, ale może właśnie przede wszystkim nutami.

- Odkrywamy pokłady emocji i fraz muzycznych, które możemy tu wyśpiewać - mówiła podczas spotkania z dziennikarzami, Paulina Janczak. Jej Lara opowiadająca o uczuciach jest dla mnie o wiele dojrzalsza niż kreowane wcześniej przez Janczak Cosette w "Les Miserable" czy Christine w "Upiorze w operze". Każdy jej song brzmi jak prawdziwe, szczere wyznanie. Duet Lary Guichard oraz Żywago "Tam gdzie czeka czas" jest tego potwierdzeniem. Gdy Lara spotyka w bibliotece żonę Jurija, Tonię (w roli tej Monika Bestecka) zaśpiewany przez nie utwór "Zdziwienia nie ma w tym" jest niczym spotkanie mitologicznych heroin walczących o swojego boga.

Ale to nie wspomniane przez mnie utwory zrobiły największe wrażenie. "Miłość cię znajdzie" to moment gdy na scenie pojawia się... pięcioro wokalistów: Zagrobelny, Janczak, Bestecka oraz Tomasz Steciuk i Marcin Wortmann. Wydaje mi się, że poza końcowymi owacjami, to właśnie ta scena, zaśpiewana jednocześnie przez najważniejsze postaci spektaklu, zbiera najwięcej oklasków.

W tym jedynym utworze skupiają się wszystkie miłosne kombinacje musicalu: trzech mężczyzn zakochanych w jednej kobiecie - Larze i dwóch kobiet oddanych jednemu mężczyźnie - Jurijowi.

Wspomniani przed chwilą Steciuk i Wortmann to niesamowici aktorzy. Wykreowany przez Tomasza Steciuka, Wiktor Komarowski to historyczny cwaniak, potrafiący odnaleźć się w każdej politycznej rzeczywistości. To jednak obok Jurija Żywago niejedyny kandydat do jej serca. Jest jeszcze Sasza Antipow. To moim zdaniem najbardziej zróżnicowana postać musicalu, zagrana przez utalentowanego Marcina Wortmanna, ukazująca całe spektrum ludzkich zachowań, które można "zmieścić" w jednym człowieku - od nieśmiałego prawiczka, przez odważnego propagatora bolszewizmu, aż po brutalnego komunistę, żyjącego pod nowym nazwiskiem Strielnikow.

Opera i Filharmonia Podlaska w Białymstoku zaczarowała musical również rozwiązaniami scenograficznymi. Bogactwo zapadni, przemieszczających się platform pozwoliło stworzyć fantastyczne sceny - w tym moskiewski dworzec z jego peronami (niesamowite wrażenie robi przejście Żywago między nimi), pełen niepokoju las, podziemne wnętrza szpitalnej pralni czy stację w Juriatinie, na którą wjeżdża pociąg. Zachwycają choreograficzne układy zbiorowe, ale i te małe (bardzo subtelna para - jakby istniejąca tylko w wyobraźni widza) stanowiące tło emocji wyśpiewanych przez aktorów.

"Doktor Żywago" dołącza do kolekcji spektakli, które trzeba zobaczyć koniecznie. I to takich, do których chce się wracać. Sądzę, że OiFP powinna pokusić się o wydanie płyty z piosenkami z musicalu, bo gdy już spektakl zejdzie z afisza, pozostanie pustka, którą mogłyby wypełnić nagrania. Warto pójść śladem TM w Poznaniu, który dzięki wsparciu crowdfundigowemu zarejestrował dwa swoje musicale.

Recenzja spektaklu z października 2017