Kruciński: Jedyna scena, na której czuję się „u siebie”, to mój dom – scena życia!

Miłośnikom musicalowych scen Janusza Krucińskiego nie trzeba specjalnie przedstawiać. Rozmowa, do której przeczytania zachęcam, pozwoli Wam nieco bliżej poznać niezwykłego człowieka i wspaniałego artystę (kolejność zamierzona). Niesamowicie szczerze i otwarcie Janusz Kruciński o scenie, życiu, muzyce, fotografii i prywatności.

Jesteś "larciarzem"... to tam zaczęła się miłość do sceny, teatru? (LART - Studio Aktorskie w Krakowie)

Właściwie „farciarzem”. Ale uporządkujmy. Miłość do teatru zrodziła się jeszcze w liceum, jakoś w okolicach drugiej klasy. Zaczęło się od teatru dramatycznego. Potem zabawa w rockowe śpiewanie, aż wreszcie obejrzałem ekranizację „Jesus Christ Superstar” i zacząłem kombinować co zrobić, aby połączyć moje dwie fascynacje. W efekcie tych kombinacji, po nieudanej próbie dostania się do PWST w Krakowie, trafiłem do LART-u. Na dwa szczęśliwe lata.

Szybko wszedłeś na scenę, rzekomo po pierwszym semestrze w Baduszkowej, dostałeś etat w Teatrze Rozrywki i zadebiutowałeś w "Oceanie Niespokojnym"?

Znów troszkę wyprostuję. „Baduszkową” zmuszony byłem porzucić po zaliczeniu pierwszego semestru. Musiałem powrócić na Śląsk i szukałem możliwości rozwijania swojej pasji. Znów fart skierował mnie we właściwe miejsce. W Rozrywce był wakat w zespole wokalnym, więc zahaczyłem się jako adept… na ponad 6 lat. „Ocean Niespokojny” był moją pierwszą premierą na chorzowskiej scenie, ale mój debiut sceniczny miał miejsce jakieś półtora roku wcześniej. Właściwie sceniczno-estradowy, bowiem „Kabaret Artura I”, z którym współpracę rozpocząłem w grudniu 1994 roku, nader mocno osadzony był w estetyce teatralnej.

Potem zagrałeś w "Człowieku z La Manchy", "Evicie", „The Rocky Horror Show”. Dostałeś rolę w "West Side Story" w Szczecinie i "Atlanstis" w Gdyni. Czy już wtedy miałeś pewność, że z musicalem, a może raczej ze śpiewem w teatrze zwiążesz się na długo?
   
Szczerze mówiąc w ogóle nie myślałem tymi kategoriami. Chciałem pracować na scenie, śpiewać i tak jak będzie to możliwe nieść ludziom radość, wzruszenia i prawdziwe emocje. Koniec końców z tego romansu licealisty wyszło małżeństwo, które trwa do dziś.

Ostatnie kilka lat to m.in. „Jekyll & Hyde” (Chorzów, Poznań), "Miss Sajgon", "Deszczowa piosenka", "Les Miserables", "Piloci" (TM ROMA), aktualnie również "Notre Dame de Paris" (Gdynia). Powiedz szczerze, chodzisz na castingi, czy reżyserzy sami zapraszają Cię do tych wspaniałych musicali?

Prawda, jak zawsze, leży po środku. Czasem ruszam, by stanąć w szranki z kolegami po fachu; czasem zdarza się, że reżyser potrzebuje właśnie kogoś takiego, jak ja. Czasem zdarza się ratować sytuację. Poza tym ostatnim przypadkiem, przesłuchania są obowiązkowe. Dla zdrowia i na wypadek, gdyby pojawił się ktoś… lepszy. Tak jest zdrowiej.

Mam wrażenie, że najbardziej lubisz skomplikowane charaktery - Jean Valjean w "Nędznikach", Judasz w "Jesus Christ Superstar" i oczywiście dwa w jednym - „Jekyll & Hyde”. Domyślam się, że to spore wyzwanie by w musicalu z tańcem, śpiewem, choreografiami, dialogami, wykreować postać tak by widz w nią uwierzył?

Myślę sobie, że wykreowanie wiarygodnej postaci, która poruszy widza, jest zawsze zadaniem trudnym i nie ma tu znaczenia forma sztuki. Wydaje mi się, że zawsze jest to ten sam rodzaj niebezpiecznej szajby, która trawi aktora w sposób trudny do opisania. A im więcej mamy do pokazania, tym lepiej. Jestem zdania, że zawsze namalowanie „Szału” czy skomponowanie muzyki do „Bema pamięci żałobnego-rapsodu” daje o wiele więcej radości i po stokroć bogatsze jest w emocje, niż namalowanie „Czarnego kwadratu na białym tle”, czy muzyczne zwierzenie na temat konsekwencji spotkania kobiety o zielonych oczach. Ale może się mylę…

Widziałem Cię kilka razy na scenie. Może się powtórzę, może już to ktoś kiedyś mówił, ale mam takie wrażenie, że przekazujesz widzom wyjątkową energię. Może to nie jest seans jak u Kaszpirowskiego, ale ogromny ładunek prawdy, szczerości, przy zachowaniu szczególnej intymności. Sądzę, że ta Twoja energia nie jest skierowana do ogólnej publiczności, ale do każdego z osobna siedzącego na widowni...

Nie ma dla mnie znaczenia czy na widowni siedzi Papież, czy Grzegorz Brzęczyszczykiewicz z Chrząszczyrzewoszc (powiat Łękołody). Zakładam (i mało mnie to obchodzi, że niesłusznie), że każdy widz przychodzący do teatru oczekuje tego samego – prawdziwych emocji i żywych ludzi, i wreszcie wstrząsu, który wywoła śmiech, lub łzy, a tak czy inaczej poruszy do głębi serce, duszę i myśli. Aby zrealizować takie założenie muszę okazać szacunek każdemu widzowi z osobna. I tak właśnie staram się robić. Zapewne nie zawsze się udaje, bowiem każdy z nas jest zaledwie człowiekiem, i na scenie, i na widowni. Ale czyste sumienie, to już bardzo wiele.

Czasami pyta się kogoś co "wyniósł" dla siebie ze swojej roli. Zapytam przekornie, co "wnosisz" do swoich postaci. Ile jest Janusza Krucińskiego w kreowanych postaciach?

Sądzę, że mieszczę się tam cały. Wszystkie moje pragnienia, wątpliwości, myśli, namiętności, niespełnienia, braki… Wszystko czym kiedykolwiek byłem i czym nigdy nie będę… Każda moja frustracja, rozkosz, furia, gorycz i zwyczajna radość… Niejednokrotnie już wspominałem, że teatr jest dla mnie terapią. To, co budzi we mnie burze dzień po dniu, zatrzymuję w sobie, zbieram. Ale nie jestem z gumy. Nikt nie jest. Dlatego niektórzy zostają bohaterami YouTube-owego serialu „Instant carma”, inni błyszczą na łonie rodziny, na osiedlowym podwórku. Ja eksploduję na scenie. Gdyby nie ona… kto wie? I chyba tylko dzięki niej ciągle jeszcze udaje mi się nie zwariować.

Podobno wnosisz też coś do spektaklu co staje się elementem scenografii, albo kostiumu...?

No, nie zawsze. Ale w rzeczy samej już od jakiegoś czasu staram się zostawić w materii spektaklu jakiś trwały, namacalny ślad. Co do kostiumu, ta jest to zawsze powodowane wygodą pracy, bądź stanowi jakiś detal, który wyraża charakter postaci; element, którym można zagrać. W kwestie scenografii angażuję się wyłącznie pod kątem wygody i bezpieczeństwa, ale właściwie ograniczam się do niezauważalnych dla widza drobiazgów, które czasem stają się pomocne w kreowaniu całości. Jeśli zaś chodzi o rekwizyty… Och, uwielbiam te maleńkie detale, szczegóły, w których tkwi diabeł. Dlatego czasem sam szukam pewnych drobiazgów, czasem napiszę stylizowany list, uszyję pochwę do noża, portfel, zmajstruję papiery Gestapo… takie tam… małe szajby.

Masz szczęście do dziwnych zdarzeń - pożar w Teatrze Rozrywki przy okazji "Jekyll & Hyde". Zraniłeś się w "Nędznikach" dość poważnie w głowę, a na początku swojej drogi grałeś Piotra w "Jesus Christ Superstar" z nogą w gipsie?

Nie tyle nogą, co stopą (zaledwie pęknięta kość palucha); rana w „Nędznikach” była błahostką, tyle, że skóra głowy jest mocno ukrwiona. Musiano zatem przerwać spektakl, żeby ktoś na scenie nie zwichnął nogi ślizgając się na plamie krwi. Pożar… to zbyt duże słowo. Szczęśliwie jego zarzewie uruchomiło system deszczownic i na ulewie się skończyło. Działo się też wiele innych rzeczy, które czasem mroziły krew w żyłach. Długo by opowiadać. Ale teatr jest niczym ruch uliczny, a ten ładnie ktoś mądry zdefiniował: suma kolizji, których udało się uniknąć. Jest wiele osób, które są przekonane, że praca w teatrze, to właściwie niezła zabawa. To prawda. Ale tylko dla tych, którzy lubią survival i są w nim przynajmniej dobrzy. Łowienie aligatorów to też niezła rozrywka, ale niekoniecznie dla każdego.

Występujesz w wielu Teatrach Muzycznych. Czy o którymś z nich możesz powiedzieć - "mój drugi dom"? Czy jest w Polsce scena, na której czujesz się u "siebie"?

    Jedyna scena, na której czuję się „u siebie”, to mój dom – scena życia, plan zdjęciowy serialu „Dzień za dniem”, z dwiema wspaniałymi aktorkami u boku. A reszta… to muszla na grzbiecie ślimaka, skorupa żółwia, wóz Cygana. Wożę ten dom ze sobą to tu, to tam. A bliskie staje się każde miejsce, w które wsiąknęła krew, pot i łzy. Czasem bywa, że trzeba ruszyć w kolejne, nowe, obce; ale bagażnik samochodu, lub plecak wolnego strzelca jest przygotowany na każda okazję. Jak śpiewa James Hetfield: „(…)Where I lay my Head is Home.(...)”. I jakoś trzeba się w tym odnaleźć.

Kilka miesięcy temu na konferencji prasowej w Poznaniu mówiłeś o "komandosach teatru" (tu o tym pisaliśmy). Nadal sądzisz, że aktor musicalowy to - przepraszam - gorsza kategoria? Obserwuję, że również aktorzy dramatyczni mają spore ciągoty do musicalu.

Nie, nie! To nie ja uważam, że aktor musicalowy to gorsza kategoria. Tak po prostu są traktowani aktorzy musicalowi. Przez środowisko, przez zleceniodawców, bywa - przez publiczność. I choć oczywiście nie jest to normą i ciągle, choć niezwykle powoli sytuacja się zmienia, to jednak prawda jest, jaka jest i niejednokrotnie boli. Bardzo.
 
Jeśli chodzi o ciągoty aktorów dramatycznych… Szkoły teatralne mnie nie chciały, z „Baduszkowej” musiałem zrejterować, potem na szkołę już nie miałem czasu, a eksternistycznie zdałem egzamin na… aktora dramatu. Ironia losu. A tak poważnie - sądzę, że czas najwyższy odejść od pewnych podziałów i zacząć postrzegać świat w kategoriach nieograniczonych możliwości i faktycznych umiejętności. Leopold Tyrmand napisał: „Nie to, co się robi decyduje o byciu artystą, ale to, jak się robi.” I osobiście uważam, że to powinno być jedyne kryterium, jakim dobiera się obsadę w teatrze muzycznym, dramatycznym, operze, filmie. Wiem – jestem utopistą. Trudno. Będę z tym żył.

Czy jesteś musicaloholikiem (nie chciałem użyć określenia pracoholik)?

Nie. Kocham pracować, być na scenie, oddawać się widowni bez reszty. Ale również uwielbiam teatr dramatyczny, film, muzykę, fotografię, książki, majsterkowanie, pichcenie, podróże… leniuchowanie. Jestem zwyczajnym zjadaczem chleba, choć nie kupnego, a pieczonego przez moją Żonę. I tyle.

Dla mnie wyjście do teatru muzycznego nadal jest czymś w rodzaju święta... Nie uważasz, że musical jest ekskluzywnym produktem? Czy jest dla każdego? Zmierzam niestety do aspektu finansowego... wybierająca się w weekend na "Pilotów" czteroosobowa rodzina na bilety wyda 480 zł plus czasami dojazd, nocleg. Za najlepsze miejsca na "Dzwonniku" ta sam rodzina zapłaci 560 złotych...

Temat jest niebywale złożony, trudny i drażliwy. Ale trzeba i takie poruszać. Wizyta w teatrze powinna być czymś wyjątkowym. Dla mnie zawsze była swego rodzaju świętem, choć nie zawsze była szansa, by je w należyty sposób celebrować. Będąc w Larcie niejednokrotnie jakąś ekipą wbijaliśmy się na spektakle. Tak jak staliśmy – studencka brać w dżinsach i swetrach; czasem za darmo, czasem za wejściówkami po kilka złociszy… I chłonęliśmy teatr. Dlatego do dziś łatwiej mi jest złapać kontakt z kimś, kto wpadł do teatru prosto z pociągu, ale świadomie, niż z tym, kto w wieczorowej toalecie przyszedł, bo wypada i epatuje kreacją za kilka tysięcy, najdroższymi biletami, oraz brakiem zainteresowania wydarzeniami na scenie.

Niestety w dzisiejszych czasach, w których brak elementarnej kultury osobistej stał się szczytem mody, coraz trudniej przebić się do tej grupy świadomie uczestniczących w teatralnym wieczorze. Co gorsza, dorośli - rodzice, nauczyciele, wychowawcy nader często sami służą fatalnym przykładem. Cóż bowiem ma pomyśleć młody człowiek, który może nawet chętnie przyszedł do teatru i oto teraz widzi dorosłego sąsiada, który delikatnie rzecz ujmując jest wyraźnie pod wpływem. Bynajmniej nie sztuki. Głośne rozmowy, wymiana opinii i uwag w czasie spektaklu, świecące tu i ówdzie telefony, czy wreszcie bezczelne żarcie na widowni doprowadzają mnie do szału.

Pamiętam, że kiedy dwadzieścia lat temu takiemu niesfornemu widzowi ktoś zwrócił uwagę, ten natychmiast zapadał się w sobie ze wstydu. Dziś przez taką osobę można co najwyżej zostać wyśmianym, lub zbesztanym. I z tym zjawiskiem nie ma jak walczyć. Cóż, każdy święto rozumie na swój sposób, a jesteśmy narodem, który na każdym kroku nader boleśnie udowadnia, że słowo demokracja rozumie jako przyzwolenie na wszystko. Tym dotkliwszy jest fakt, że niejednokrotnie osoby, które nigdy nie powinny zbliżać się do budynku teatru, zajmują w nim najlepsze miejsca, jak przykładowo pewien tatuś, który przyszedł na bajkę ze swoją pociechą, po czym przez cały czas spektaklu siedział w pierwszym rzędzie z otwartym laptopem i spokojnie pracował. A takie przykłady idą w dziesiątki.

Podczas gdy wytrawni widzowie teatralni niejednokrotnie muszą sobie odmówić uczestniczenia w owym święcie ze względów finansowych. Z drugiej zaś strony wiem, że ci naprawdę zdesperowani mają swoje taktyki polowania na tanie bilety, zaproszenia, czy wejściówki. I prędzej czy później, tak czy inaczej, udaje im się dopiąć swego. Jestem dla nich pełen podziwu.

Kolejny aspekt tego tematu to fakt, że coraz więcej pojawia się sztuk (dotyczy to głównie branży musicalowej), których należyta realizacja wymaga ogromnych nakładów finansowych. I tak jest na całym świecie. Tego nie da się uniknąć. Przy tym teatry z roku na rok stawiane są wobec konieczności zapewnienia sobie coraz większej samodzielności finansowej. Niestety zapewnienie możliwości rozwoju poprzez kulturę, zwłaszcza wysoką, zawsze przegra sromotnie w starciu z koniecznością remontu szpitala, doposażenia szkoły, załatania drogi, czy wypłaty premii członkom administracji za… no mniejsza; powód zawsze się znajdzie.

Brnijmy dalej. Niejednokrotnie zadania, które musi zrealizować aktor w danym spektaklu, wymagają najwyższego kunsztu i poświęcenia. Takiemu aktorowi trzeba godziwie zapłacić za jego pracę. Wprawdzie przed kilku latu pewien przedstawiciel władzy stwierdził w publicznej wypowiedzi, że tylko artysta głodny jest artystą wiarygodnym. Szczęśliwie myśl takowa wypowiedziana na początku XXI wieku w Środkowej Europie może być jedynie przyczynkiem do pobłażliwego uśmiechu. Oczywiście pewnym wypaczeniem całej idei jest moim zdaniem zatrudnianie do spektakli person, które są znane z tego, że są znane, a szczyt ich kwalifikacji pod kątem uczestnictwa w spektaklu to umiejętność stania na ściance i wzbudzania obyczajowo-towarzyskich afer. Zazwyczaj idzie za tym konieczność wypłacenia takiemu „artyście” honorarium wielokrotnie przewyższającego średnią krajową teatralną i granice dobrego smaku. Cóż, taki jest znak czasu i tego nie zmienimy.

Koniec końców… teatr w rzeczy samej coraz bardziej steruje w kierunku rozrywki ekskluzywnej w sensie dostępności, choć nie zawsze ma to pokrycie w sumie wrażeń jakie po sobie pozostawia. Z wielu powodów. Dopóki jednak będzie choć w minimalnym stopniu trwał na straży dobrych obyczajów, tolerancji, samodzielnego myślenia, pobudzania wrażliwości i wywoływania szlachetnych emocji, będzie wart by poświęcić nań bodaj ostatni grosz. I świętować.

Sześć lat temu powstał zespół ORDALIA z Tobą jako wokalistą. Na YouTube można znaleźć rewelacyjnie brzmiące piosenki "W wielkiej ciszy", "Moja Teodycea" czy "Kraina otwierania ran" (po tytułami znajdziesz piosenki). Czy to był dla Ciebie jednorazowy epizod w tej rockowo-metalowej warstwie muzycznej?

Jest mi niewymownie żal ORDALIÓW. Spotkaliśmy się w złym czasie i złych okolicznościach. Grupa profesjonalistów, z których każdy podążał już jakimś wytyczonym szlakiem. Nie mieliśmy parcia na szkło, na sukces, na dotarcie pod strzechy. Mieliśmy coś ważnego do powiedzenia, zamanifestowania… Chcieliśmy to zrobić i nadarzyła się okazja. Ale brakło nam marketingu, łokci, zębów, pazurów, wpływów i nikt z nas nie miał odwagi, by publicznie pokazać dupę. Albo tejże użyczyć. W dodatku nasza muzyka dotykała do żywego, mówiła o wszystkim tym, co jest nader niewygodne dla współczesnego mieszkańca kraju nad Wisłą. „Amatorskie czasy”, „Piękne dziewczyny”, „Mizantropia”, „Nowe ordalia”, a nawet, by tak rzec, satyryczna piosenka, jak „Gwiazdka z gówna”… to wszystko utwory wymagające, zmuszające do myślenia, niewygodne, wściekłe, prawdziwe. Wszystkie razem i każda z osobna stanowiły gwóźdź do trumny zespołu ORDALIA. Ale płyta pozostanie.

I czeka na tych wszystkich, którzy z rąk Morfeusza wezmą właściwą pigułkę. Wiadomo, że jest ich niewielu. Ale wojna z Matrixem wymaga wybrańców. A Ci przy goleniu nie gwiżdżą sobie pod nosem, ale patrząc w lustro kombinują… co jest nie tak z tym światem. Było, minęło. Dobrze rockujący lew w głębi mojej duszy tylko zasnął. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś będzie mu dane przebudzić się i zaryczeć.

Słyszałem, że "Ordalia" to był dla Ciebie powrót do korzeni.... do licealnego etapu w życiu. Wyjaśnisz?

Moje muzyczne korzenie sięgające do pierwszych chwil świadomej konstatacji zjawiska muzyki, czyli do okolic IV klasy podstawówki są dość pogmatwane. Budka Suflera, Perfect, Turbo, Lady Pank, ale i Pod Budą, Kaczki z Nowej Paczki, Wojciech Młynarski, Krzysztof Daukszewicz, Leszek Długosz, Zbigniew Wodecki. Potem apetyt zaczął się zaostrzać. Led Zeppelin, Black Sabbath, Metallica, Iron Maiden, Testament, Megadeth, Manowar… długo by jeszcze wymieniać. Wreszcie jakoś w III klasie liceum skrzyknęliśmy się z kolegami z podstawówki (!) i raz w tygodniu zaczęliśmy młócić dla zabawy wszystkie kawałki, które w tamtym czasie (1992-93) zmiękczały serca płci pięknej. Guns n’ Roses, Metallica, Mr. Big, Bon Jovi, Extreme, do tego czasem jakieś niezapomniane starocie. A że w tamtym czasie mój instrument nie nauczył się jeszcze, że istnieją jakiekolwiek ograniczenia, frajdy było co niemiara. Kiedy zatem 19 lat później odebrałem od Pawła Stankiewicza mail z trzema utworami, które miałem zaśpiewać w ramach przesłuchania na stanowisko wokalisty ORDALIÓW, poczułem się jakbym dosiadł rakiety Tytan. No i padła komenda: Wio!!!

Marzyłaby Ci się kariera w stylu Rolling Stones? Wyobrażasz siebie jako rockmana, dajmy na to 75-letniego (niczym Jagger) na scenie?

Wszyscy ludzie, którzy mieli szczęście robić w swoim życiu to, co kochali, zachowali w sobie młodość i energię. To wspaniałe zjawisko. Tak czy inaczej uważam się za człowieka szczęśliwego, ponieważ na co dzień robię to, co kocham.

Osobiście nigdy nie przepadałem za Stonesami, choć jestem dla nich pełen szacunku. Kiedy jednak popatrzę na sposób w jaki dokazują niepierwszej młodości przecież muzycy takich zespołów jak Iron Maiden, Metallica, Black Country Communion, myślę sobie – czemu by nie? Kiedy ostatnio usłyszałem Grzegorza Kupczyka z zespołem Ceti, opadła mi szczęka. A Grzegorz Markowski, czy wreszcie Marek Piekarczyk… nie trzeba szukać daleko. Zresztą nie w tym rzecz, by być Jaggerem, Dickinsonem, czy Piekarczykiem. Chciałbym być sobą i dobrze się z tym czuć. A jeśli zdarzy się okazja – zaszaleć.

Co sądzisz o mediach społecznościowych. Nie znalazłem Cię na Facebooku, Instagramie. Chronisz swojej prywatności?

Szczątków prywatności. System, w którym funkcjonujemy w skali świata, zrobił już niemal wszystko, by pozbawić nas prywatności i wyzuć z człowieczeństwa (o tym poniekąd jest „Kraina otwierania ran”). Na domiar złego odizolował ludzi od siebie w najbardziej wyrafinowany sposób – dając im ułudę bliskości pod postacią mediów społecznościowych.

Zachłysnęliśmy się wolnością, jaką daje nam smartfon sprzężony z Internetem i nie jesteśmy już w stanie dostrzec jak ciężka obroża wisi nam u szyi i na końcu jak bardzo krowiego łańcucha maszerujemy tam, dokąd mamy maszerować. Bezmózgie indywidua, które mogą oferować światu jedynie swoje chamstwo i ekskrementy, czują się bezkarne w ferowaniu wyroków i wyrażaniu opinii, kryjąc się za zasłoną anonimowości.

Ludzie zatracili poczucie dobrego smaku, granice przyzwoitości zarosły nieprzebytymi chaszczami. Oczywiście mam świadomość, że każdy instrument można wykorzystać w szczytnych celach. Jednak zamiast próbować wykorzystać 1% szans powodzenia w dotarciu do właściwych odbiorców, wolę ten potencjalnie zmarnowany czas poświęcić rodzinie i sobie. Tym zaś, którzy w sposób świadomy mnie odnajdą, po stokroć wolę poświęcić chwilę rozmowy oko
w oko. To o wiele przyjemniejsze i więcej wnosi do życia niż 50 tysięcy fikcyjnych znajomych i wirtualne kciuki błądzące między piekłem i niebem. Wolę ten prawdziwy świat, z jego prawdziwymi rozkoszami i bólem.

Ale lubisz fotografować? Na przykład koleżanki i kolegów w pracy? Twoje zdjęcia znalazły się w książce o produkcji Les Miserbles. Fotografowanie traktujesz serio? Czy to tylko jest zabawa?

To zabawa, ale bardzo serio. Dlatego właśnie nigdy nie udostępniam moich zdjęć, a jedynie oddaję je do dyspozycji osób, z którymi pracuję i które na zdjęciach uwieczniam. Przy tym robię to zawsze z zastrzeżeniem, w myśl którego wyrażam nadzieję, iż nigdy nie wykorzystają ich w sposób, jakiego same by sobie nie życzyły.

Fotografia teatralna zaczęła się wtedy, gdy pomyślałem sobie, że kwiatek z okazji premiery zwiędnie, wyschnie i nic po nim nie zostanie. Jeśli zaś ktoś otrzyma plik zdjęć, na których widać co i jak, z kim i po co robił w danym momencie swego życia, to wartość takiej pamiątki będzie rosła z każdym rokiem i kto wie, jak daleko w przyszłość zawędruje. Przy okazji, kiedy sam zacząłem oglądać efekty pierwszych sesji, uzmysłowiłem sobie, że oto mam przed sobą niepowtarzalną okazję, by pokazać widzom, jak w rzeczywistości wygląda proces twórczy i jaką cenę płacimy, by dać widzowi to wszystko, czego szuka w teatrze. Temu właśnie służyła wystawa przy okazji szczecińskiego „Rent-u”, poznańskiego „Jekylla”, taki był cel „Narodzin sztuki” i mam nadzieję, że obecna ekspozycja zdjęć w foyer Romy również uchyla widzom rąbka tajemnicy. Fotografowanie traktuję z lekkim przymrużeniem oka, ale Koleżanki i Kolegów bardzo serio. I chyba o to chodzi.

Podobno kiedyś mylono Cię z Grzegorzem Turnauem?

O tak. Był taki czas. Łudząco podobny owal twarzy, zarost, okulary, włosy, a chwilami i głos. Był faktycznie taki czas, kiedy te podobieństwa stały się poniekąd moim przekleństwem. Co gorsza były nim wbrew temu, jak bardzo uwielbiam i poważam twórczość Grzegorza Turnaua. Mimo wszystko nie jest dobre dla aktora próbującego w jakiś sposób przebić się do świadomości widzów, aby był postrzegany jako… teeen… nooo… taki podobny do Turnaua. Zaszczytne owo podobieństwo szczęśliwie powoli odeszło do historii, ja wywalczyłem maleńkie gniazdko w pamięci bywalców teatrów muzycznych, a Grzegorz Turnau nadal zachwyca i porusza przepięknymi piosenkami. Każdy z nas… ma swój kawałek cienia.