Damian Aleksander: „Nie jestem w stanie sobie wyobrazić życia bez sceny…”

O „Nędznikach”, którzy zmienili jego życie, o najtrudniejszej roli musicalowej, fascynacji postacią „łysego kolesia zakochanego w księżycu”, pracy nauczyciela i poważnych planach na niezwykłą płytę – w rozmowie z musicaloveinfo Damian Aleksander.

Dziękuję, że znalazłeś dla nas czas. Przeglądałem Twoje biogramy i często pojawia się w nich rok 1997 jako punkt początkowy Twojej kariery. Powoli stajesz się weteranem sceny musicalowej?

Rzeczywiście, to już dwadzieścia lat pracy na scenie. Najpierw była Gdynia i role grane podczas studiów w "Nędznikach" oraz w "Evicie". Potem był pierwszy etat we Wrocławiu i pierwsza główna rola. I tak się jakoś potoczyło.

Czyli zjadłeś zęby na musicalu?

Chyba nie (śmiech). Ujmę to tak. Wiele wiem o produkcjach musicalowych w Polsce, o tym z jaką rzeczywistością się spotykaliśmy i jak sobie dzielnie radził musical w Polsce. I mogę stwierdzić: scena, na którą można patrzeć jak na pierwszą, profesjonalną polską scenę musicalową to scena Teatru Muzycznego w Gdyni, z którego się wywodzę edukacyjnie i zawodowo, która istnieje już 60 lat.

Twoim zdaniem nasz kraj ma doświadczenie w musicalu?

Wbrew pozorom Polacy mają tradycje musicalowe, ale długo byliśmy odcięci od całego nurtu musicalu zachodniego i jego wpływu. Dopiero po 1989 roku to się zaczęło zmieniać, zaczęły do nas docierać spektakle z West Endu, Broadwayu, później pojawił się internet i łatwość dostępu do wiedzy o musicalu.

Spójrzmy na historię Teatru Muzycznego ROMA, który niewątpliwie mocno spopularyzował musical w Polsce. Można powiedzieć, że ostatnie dwie dekady to wysyp największych hitów musicalowych w naszym kraju. Produkcji, na które zachodni świat potrzebował dziesięcioleci, żeby je zobaczyć, a nam dane było je poznać w ciągu ostatnich 20 lat. I cieszę się, że w tym czasie uczyłem się oraz pracowałem w Gdyni i w "Romie”, gdzie miałem okazję grać główne role w największych produkcjach musicalowych.

… rzeczywiście trochę ich było. Liczysz swoje role?

Przestałem (śmiech), ale jestem w stanie wymienić ciągiem wszystkie. Zwłaszcza w "Romie" począwszy od "Miss Saigon". Chociaż dziś już się nad tym nie zastanawiam. Każdy spektakl jest dla mnie wyzwaniem. Cieszę się jeśli powierza mi się ważną rolę, bo to mnie determinuje i rozwija.

Dużo zawdzięczasz „Romie”, ale odszedłeś z tego teatru...

Tak, po dwunastu latach przestałem współpracować z "Romą”, która - jak wiesz - gra w systemie 2-3 sezony jeden tytuł. Ja w tym czasie przez pięć lat zagrałem około 4 głównych ról. Żegnając się na jakiś czas z "Romą”, mogłem bardziej się odnaleźć w przestrzeni musicalowej w Polsce. Przecież świetnie sobie radzi Gdynia, Wrocław, Poznań, Opera Podlaska, Chorzów, a kiedyś również Gliwice.

W wielu rozmowach z Tobą pojawiają się hasła – lotnictwo i psychoterapia. Czy z powodu zainteresowań Twoje życie mogłoby potoczyć się inaczej. I wtedy nie stanąłbyś na scenie?

Masz rację, ale to się jakoś razem składa. Kiedy się lata, to się jest w chmurach, a aktor też jest takim marzycielem pilotem (śmiech). To prawda, że miałem być wojskowym, pilotem śmigłowca, a także psychologiem terapeutą. Wszystko to przełożyło się na aktorstwo, bo to przecież wspólna piaskownica.

Pod koniec szkoły średniej chyba nie byłeś jednak pewien co chcesz robić w życiu? No może poza jedynym....

Dokładnie... chciałem też tańczyć. Myślałem, że jak nie zostanę lotnikiem, to będę tancerzem. I szukałem szkoły wyższej z taką możliwością no i trafiłem do "Baduszkowej". Oczywiście tu przypomina mi się pewna historia z przyjacielem… jasnowidzem, który powiedział "idź w tę stronę…”.

Serio?

Tak, nie wiem co on tak naprawdę zobaczył, ale pojechałem do Gdyni. I to się okazało właściwą drogą! Jak już się dostałem do szkoły, to zobaczyłem mój pierwszy musical w życiu „Les Miserables”. Usłyszałem pieśń galerników "spójrz w dół, spójrz w dół", a potem ogrom muzyki, ogrom orkiestry symfonicznej. Wszystko co się pojawiło, to był ogromny strzał adrenaliny. I już wtedy wiedziałem, że to właśnie chcę robić. Że to jest coś, w czym chcę "pływać". Ale mimo, że na trzecim roku studiów otrzymałem główną rolę w spektaklu „Księga dżungli" we Wrocławiu, to dopiero przyjazd do Warszawy - do „Romy” - spowodował, że musical pochłonął mnie w całości. Nie jestem w stanie sobie wyobrazić życia bez sceny czy braku kontaktu z publicznością.

Skoro tak dobrze Ci się "pływa" w musicalu, to w której z produkcji czujesz się jak ryba w wodzie?

To nie będzie zaskoczeniem - "Upiór w operze". W Warszawie i Białymstoku zagraliśmy spektakl 700 razy. Wracamy na szczęście wiosną tego roku. To jego dziesiąty rok w Polsce. Cieszę się na powrót "Upiora", którego myśleliśmy, że po 2,5 roku grania w "Romie" pogrzebiemy, że już nigdy nie powróci. Dzięki dyrektorowi Opery Podlaskiej Damianowi Tanajewskiemu ten musical znów jest na scenie. Moje wyrazy uznania dla dyrektora, za to że się odważył. Niewiele jest takich osób w Polsce. Ten musical genialnie się wpisał w warunki i możliwości Opery Podlaskiej. "Upiór w operze" brzmi w Białymstoku fantastycznie, z tamtejszą orkiestrą, z chórem, z większą sceną. Muzycznie to o niebo lepsze brzmienie niż w "Romie”. Cieszę się, że znów tam wracam. Sama Opera Podlaska może nie kojarzy się sensu stricto z musicalem, ale tytuł jest rozpoznawalny i przyjeżdżają na niego ludzie z całej Polski.

Skoro „Upiór w operze” to dla Ciebie czysta przyjemność, to czy „Jekyll i Hyde” okazał się najtrudniejszym wyzwaniem scenicznym?

Po "Nine" zastanawiam się co było większym wyzwaniem... "Nine" na skali trudności jest równie wysoko, aczkolwiek to inna wrażliwość i używam innych środków wyrazu. W "Nine" jestem non stop na scenie, ale to chyba ekspresja roli połączona w Jekyllu i Hydzie jest najtrudniejsza. Sądzę nawet, że "Jekyll&Hyde" - o którym marzyłem już na studiach - wokalnie jest trudniejszy od "Upiora". A szczególnie utwór "Konfrontacja" stał się niezwykłym wyzwaniem. A na marginesie wspaniałe jest to, że w czasie kiedy kończę czterdzieści lat udaje mi się zagrać Guido Continiego... czterdziestoletniego reżysera filmowego.

Czujesz, że przybywające lata dodają Ci scenicznej dojrzałości?

Co ciekawe wraz z rolami i z pracą dojrzewam do głębokiego i jednoczesnego odczuwania muzyki i aktorstwa. I to jest jedna z najtrudniejszych rzeczy w musicalu, żeby pomimo tej lekkości, którą wprowadza muzyka, być wiarygodnym i prawdziwym dla widza.

Wiele mówi się o powrocie na deski teatru musicalu „Rodzina Adamsów” w reżyserii Jacka Mikołajczyka? Grałeś już w tej produkcji w Gliwicach postać łysego Festera. Marzy Ci się powrót do tej roli?

Bardzo chciałbym to ponownie zagrać. To jest też zabawna historia, bo najczęściej zdarza mi się grać romantyczne postaci, amantów itp. W Gliwicach gdzie ten musical miał polską premierę, na castingu dziwiono się, że chcę zagrać wujka Festera, łysego kolesia o bliżej nieokreślonej płci, zakochanego w księżycu, a nie przystojnego Gomeza. Może tego nie widać (śmiech), ale zawsze miałem w sobie duże pokłady radości i komizmu. I wtedy chciałem poczuć ten luz, wyjść ze schematu dotychczasowych ról. Zagrałem Festera i miałem z tego olbrzymią frajdę. Ten spektakl kompletnie się wtedy nie zgrał, więc jeśli miałby znów powrócić - oczywiście w debiutanckiej reżyserii Jacka Mikołajczyka - to byłby wspaniałą propozycją dla publiczności.

Odetchnijmy na chwilę od tematów związanych z pracą. Jak spędzasz wolny czas?

Prócz miłości do sceny kocham i kino. Trochę mniej wtedy chodzę do teatru, bo to tak jak mówią - z pracy do pracy - ale bywam w teatrach. Lubię jednak spotykać się z ludźmi, przebywać wśród ludzi. Czasami jednak mam potrzebę, żeby wyjechać gdzieś na Podlasie, do małej miejscowości, w której znajomi mają domek z sauną na odludziu...

I.... ?

I mogę sobie wejść do tej sauny, wytarzać się na golasa w śniegu i napić się dobrej nalewki. I tak się relaksować na łonie przyrody. Czasami wystarczy położyć się w łóżku i przez kilka dni oglądać ulubione seriale lub czytać książki. Trzeba umieć się resetować. Czasami taki stres zawodowy pomaga rozładować wykonywanie różnych innych zajęć jak praca na uczelni, pisanie wierszy, robienie zdjęć itp.

Praca na uczelni? Jak to jest być nauczycielem?

Zawsze mnie to intrygowało. Etos nauczyciela zawsze kojarzył mi się z kimś, kto poprowadzi mnie w stronę, gdzie będę mógł odkryć coś co stanie się moją pasją. Nauczycieli traktowałem z estymą, biorąc pod uwagę fakt, że są to osoby, które mają wzbogacić nasze życie. I też chciałbym być kimś takim, kto może nie będzie stawiał siebie na piedestale, ale raczej będzie prowadził... niczym reżyser prowadzący swoich aktorów przez film czy spektakl. Będąc nauczycielem, fajnie jest współodczuwać ze swoimi studentami w procesie edukacyjnym.

Mija rok od niezwykłego koncertu w Operze Podlaskiej, w którym towarzyszyły Ci niesamowite kobiety i fantastyczni muzycy. Co dalej z tą inicjatywą?

„Tribute to musical” to było moje marzenie sprzed 15 lat. Po moim udziale w "Idolu" padła propozycja, żeby nagrać płytę musicalową. Nie udało się jej wtedy zrealizować. I dopiero po wielu latach w Operze Podlaskiej dyrektor Tanajewski podchwycił mój pomysł wspólnego stworzenia projektu ze wspaniałymi artystami jak Kayah, Małgorzata Walewska, Edyta Krzemień, Joanna Kołaczkowska czy Krzysztof Herdzin. I dopiero w Białymstoku usłyszałem :”Zróbmy to!" Efekt to dwa koncerty w sali wypełnionej po brzegi. To było szalenie stresujące, ale i ogromnie satysfakcjonujące. Koncerty zostały zarejestrowane.

Czy to oznacza, że koncert ukaże się na płycie?

Obecnie jesteśmy na etapie zbierania pieniędzy na wydanie płyty z materiałem z "Tribute to musical". Rok czasu zajęło nam zebranie pozwoleń od - rozsianych po całym świecie - właścicieli tekstów i muzyki. Jest szansa, że album pojawi się w tym roku. To będzie pierwsza tego typu płyta w Polsce. To było dla mnie ważne wydarzenie. Pierwszy raz w życiu byłem naprawdę wystraszony. Wtedy przez różne perypetie prawie straciłem głos, ale musiałem dać z siebie wszystko. Publiczność była wdzięczna, cudownie reagowała. Od razu przeszły mi wszystkie stresy i głos wrócił. A skoro mowa o nagraniach jestem bardzo zadowolony, bo powstała płyta ze spektaklu „Nine”. Z niecierpliwością czekam, co jeszcze przyniesie życie.